Obiecałam post o Indonezji, ale od momentu wyjścia z samolotu nie usiadłam spokojnie na 10 min. Więc tak, odpoczęłam, ale kiedy to było 😀 Jakieś 2 tygodnie temu 😉 Jak byłam na wakacjach dostawałam od Was na Instagramie masę pytań o pogodę, ceny, miejsca w których byliśmy, niebezpieczeństwa, jedzenie, temperaturę, walutę, język, itd, itd. Ogromne sorry dla Wszystkich, którym nie odpisałam, ale zrobiłam sobie odrobinę urlopu od Internetu i chyba się udało, bo w raporcie tygodniowym miałam 50% mniej czasu spędzonego przed ekranem telefonu 🙂 Postanowiłam zebrać te wszystkie pytania tutaj, więc w razie potrzeby możecie tu zaglądać i może zainspirować się naszą podróżą 🙂 

Indonezja była moim marzeniem jeszcze przed tym jak Instagram zalała fala zdjęć z tamtego rejonu świata. Uwielbiam przyrodę a tam zieleni jest tyle, że nie mogłam wyjść z podziwu. My swoją podróż podzieliliśmy na 3 miejsca. 

Najpierw popłynęliśmy na wyspę Gili Trawangan i tam mieliśmy 4 dni, żeby „imprezowo” nacieszyć się urlopem. Gili to wyspa, którą rowerem można objechać w pół godziny. Jest na niej stosunkowo dużo turystów, chociaż my byliśmy jeszcze poza sezonem, więc było ich naprawdę niewiele. Są tam piękne plaże, klimatyczne bary, indonezyjskie street foody, cudowne zachody słońca, wieczorami impreza na imprezie i joga o wschodzie słońca. Ta wyspa to weekendowa baza wypadowa dla Australijczyków, więc jeśli lubicie się bawić to śmiało możecie wybrać ten kierunek.

Kolejnych 6 dni spędziliśmy na Bali w Ubud. Byliśmy grupą 6 osobową, więc wynajęliśmy willę w samym środku lasu tropikalnego i tak przepadłam <3 Gekony na ścianach w łazience, kolorowe motyle wielkości nietoperzy, nietoperze wielkości papugi, papugi we wszystkich kolorach świata, małpy, które odwiedzały Nas, żeby sprawdzić czy nie zostawiliśmy czegoś do jedzenia. Wodospady, przepiękne pola ryżowe i 5 minutowe deszcze tropikalne. Ogromna lekcja przyrody „na żywo”, na wyciągnięcie ręki 🙂 coś pięknego. No dobra! Wiecie jak to jest wpuścić mieszczucha do dżungli, pierwszej nocy spałam dość niepewnie w obawie przed włochatymi pająkami i wielkimi wężami 😀 Ale nic takiego na szczęście nie spotkałam na swojej drodze 😉 

Na ostatnie 2 dni przenieśliśmy się z powrotem „do ludzi” i pojechaliśmy na południe do Seminyak. Zakątek surferski, więc znów muzyka, dużo ludzi, piękne beach bary przy hotelach, na każdym kroku szkółki sportów wodny, ale klimat nieco inny niż na Gili. Seminyak jest bardziej miejskie, masa skuterów, korki i stragany, więc pamiątki dla znajomych kupiliśmy właśnie tam 🙂

Pytaliście o pogodę, więc tak jak pisałam, my byliśmy poza sezonem turystycznym w końcówce pory deszczowej, więc od czasu do czasu zrywała się tropikalna ulewa, która trwała nie dłużej niż 10 min i znów wychodziło słońce. Temperatura nie przekraczała 30 stopni, powiedzmy… dało się wytrzymać 😉

Kolejne pytania dotyczyły niebezpieczeństw. Nie odnotowaliśmy tak owych 😉 Co prawda dorobiłam się porządnej gorączki i wizyty w przychodni, ale na szczęście okazało się, że zagrożeniem dla mnie była klimatyzacja. Było też trochę komarów, ale jesteśmy zaszczepieni na choroby tropikalne, więc wszyscy wrócili cali i zdrowi. Ludzie w Indonezji są bardzo życzliwi, więc z ich strony też Wam nic nie grozi:)

Jedzenie jest obłędne. Owoce słodkie i kolorowe, pyszne pad thai’e, najlepszy sos orzechowy jaki jadłam i kokosy za 3 zł na każdym rogu <3

Waluta to rupia indonezyjska, bez problemu do znalezienia w polskich kantorach, chociaż przelicznik nie zawsze jest uczciwy. W Indonezji za wszystko płaci się w w setkach tysięcy lub milionach, więc mieliśmy niezły ubaw mówiąc do siebie „daj mi proszę 300 tysięcy, kupię wodę” 🙂 

Język. Edukacja w Indonezji jest na całkiem wysokim poziomie, więc bez problemu we wszystkich trzech miejscach dogadywaliśmy się po angielsku. 

Podsumowując, to jedne z lepszych wakacji na jakich byłam i myślę, że warto odwiedzić Indonezję zanim zrobi się w 100% turystycznym kierunkiem.