Sama nie wiem, który kierunek uwielbiam bardziej. Włochy czy Hiszpania. Z jednej strony włoskie słońce, luz, wolno płynący czas, najlepsza pizza na świecie i tani Aperol. Z drugiej strony odrobinę droższy Aperol, przystojni mężczyźni, paella, hiszpańskie tapasy i długodojrzewające wędliny 🙂 Jestem “kiełbasiarą”, więc tym razem padło na Hiszpanię 😀 A dokładnie Malagę. To nie był kierunek, o którym marzyłyśmy to był kierunek, który akurat był tani, albo inaczej, tani się wydawał 😀 

Spędziłyśmy w Maladze 7 bardzo aktywnych dni. Starałyśmy się jak najwięcej zobaczyć, spróbować, zwiedzić, potańczyć, chociaż raz ruszyć poza miasto i na wszystko starczyło czasu 🙂

Dzień 1

Zaczęłyśmy od klasycznego krzątania się po mieście. Bez wyznaczonego celu, żeby poznać okolicę. Natychmiast trafiłyśmy na przepiękne stare miasto i lokalny targ, na którym można spróbować świeżych owoców, Sangrii, oliwek i przepysznych owoców morza.

Nie obyło się też bez wpadek 😀 Przypadkowo odkryłyśmy miejsce, gdzie serwują obrzydliwą pizzę z kilogramem pokrojonych parówek, a zamawiając Aperol dostałyśmy duże piwo z nalewaka. Podróżując do Hiszpanii musicie być przygotowani na to, że nie wszyscy posługują się językiem angielskim, nawet jeśli mówią, że mówią 😀 Ceny nie do końca oznaczają jakość. Były miejsca, gdzie jadłyśmy tanio i pysznie, a były takie, gdzie płaciłyśmy znacznie więcej za znacznie gorsze jedzenie.

Po „przepysznym” obiedzie wybrałyśmy się w stronę portu i tam przepadłyśmy do wieczora 🙂 Urokliwe knajpki, przepiękne jachty, ogromne statki wycieczkowe i sklepiki z pamiątkami. Ciotka uwielbia pamiątki, więc zatrzymywałyśmy się w każdym sklepiku w poszukiwaniu idealnego magnesu, a jak miałyśmy dosyć chodzenia wzięłyśmy hulajnogi i jeździłyśmy nimi po całym porcie. Zachód słońca oglądałyśmy na plaży z najtańszą Sangrią w kartonie 😀 Don Simon 🙂 Kto był w Hiszpanii na pewno wie o czym mowa 😀

Dzień 2 

Drugiego dnia plany były bardziej sprecyzowane. PICASSO 🙂 Nie wiem czy wiecie, ale właśnie w Maladze urodził się Pablo Diego Jose Francisco de Paula Juan Nepomuceno Maria de los Remedios Cipriano de la Santisima Ruiz y Picasso. Jak ktoś się tak nazywa to chyba musi zostać słynnym artystą 🙂 Tak też się stało. Picasso jest uznany za jednego z najwybitniejszych artystów XX wieku. Jest twórcą nurtu malarstwa zwanego kubizmem. Był malarzem, rzeźbiarzem, grafikiem, ceramikiem i poetą, więc nie mogłyśmy nie odwiedzić Jego muzeum. 

Niestety jak to w muzeum, nie mogłyśmy robić zdjęć, ale jak będziecie w Maladze odwiedźcie je koniecznie. Za 5 euro macie dobre 1,5 godziny zachwytu nad sztuką i kolejną godzinę w sklepiku z pamiątkami (tam wydacie więcej niż 5 euro). Z muzeum za ciosem poszłyśmy do fundacji Picassa, czyli jego mieszkania. Tam nie musicie się wybierać. Spodziewałyśmy się pięknego mieszkania zachowanego w stylu tamtych lat. Okazało się, że z tamtych lat wiszą zdjęcia na ścianach, jego fotel i biurko. Poza tym białe ściany i wszędzie ochrona. Nie zachwyciło, ale zaraz przy fundacji stoi rząd kawiarni serwujących od godz. 15 do 18 happy hour, czyli 2 drinki w cenie 1. Przez 2 godziny katowałyśmy w grę Memory z obrazami Pabla. Najlepiej wydane 10 euro w sklepie z pamiątkami. Rozkładałyśmy te karty wszędzie gdzie się dało. Niestety nie wygrałam z ciotką ani razu. Wyszłyśmy stamtąd po 18. Verry happy 😉

Dzień 3 

To był ten dzień, kiedy powiedziałam „koniec tego dobrego, zaczynam biegać”. Miałam dwa wyjścia. Albo wrócić po tygodniu jak kulka, albo codziennie od rana robić trening i z czystym sumieniem jeść kolejną paelle 🙂 Budzik na 7 rano i w drogę. Piękna sprawa. Masa biegających ludzi, wszyscy się ze sobą witają, piękne widoki zaspanego portu i budzącej się do życia plaży. Zrobiłam 7 km i poszłyśmy na śniadanie. Mam problem z ich śniadaniami. Wszędzie serwują słodkie croussanty, niezbyt smaczne jajka i białe buły. Przecież rosną tam pomidory wielkości melonów, pyszne duże soczyste owoce i papryki we wszystkich kolorach świata, a my przez tydzień na śniadanie jadłyśmy tosty z ketchupem i tanim żółtym serem serwowane w naszej hotelowej restauracji. No nic. Kiedyś otworzę w Hiszpanii dobrą “śniadaniownię” 😀

Śniadanie zjedzone to… w drogę. Stwierdziłyśmy, że chcemy złapać trochę słońca i poświęcimy ten dzień na plażowanie. Miejska plaża w Maladze nie należy do najbardziej urokliwych. Piasek jest szary, ubity i kurzy się strasznie. Jest full ludzi, mało zacienionych miejsc, leżaki i parasole wynajęte od godz. 8 rano. Bardzo głośna ulica położona przy samym wybrzeżu, niedopalone papierosy rozrzucone między ręcznikami i turyści z puszkami browarów. Wsiadłyśmy w autobus i pojechałyśmy na plażę oddaloną o 10km od miasta. Piasek podobny, ale zdecydowanie mniej ludzi. Piękna okolica, małe urokliwe uliczki przy plaży, klimatyczne restauracje i brak warczących skuterów 🙂 Polecam. Spędziłyśmy tam cały dzień.

Ciąg dalszy nastąpi… 🙂